teksty moje   


               
<< powrót

 

osobista pustynia

... A więc pustynia - nie jako miejsce geograficzne, ale jako konieczny punkt odniesienia dla zdezorientowanego życia, któremu zagraża rozpad, zagłada, którego jałowy niepokój pozbawia treści.
Pustynia to wielki temat ukazujący niemal naocznie, jaka powinna być egzystencja, by można było odnaleźć jedność, jaka winna być droga, by nie spowodowała śmierci z pragnienia.(…)
Gdy człowiek zrozumie tę lekcję pustyni, zaczyna zdawać sobie sprawę, że można być pustelnikiem, koczownikiem również bez pustyni. Dlatego nie szukam już pustyni na mapie. Bezkresna Sahara przygarnia mnie w jakimś kącie domu, nawet na autostradzie, na placu, na zatłoczonej ulicy, ilekroć postanawiam wyrwać się z niewoli tego, co przypadkowe, iluzoryczne, z szantażu konieczności, z uwarunkowań pozorów, z totalitaryzmu czynności, z dyktatury zewnętrzności. Pustynia nie jest już rzeczywistością zbudowaną z piasku, ale przestrzenią życiową, przestrzenią w której „oddycha się Duchem”…”

                                                                                                              Aleksandro Pronzato, „Rozważania na piasku”

Ten skromny cytat urzekł mnie, podobnie z resztą jak i cała książka. Autor zawarł w słowach to, co podskórnie odczuwam już od dłuższego czasu, ale czego nie umiałem dotychczas racjonalnie, ani w żaden inny sposób wyeksplikować. Z resztą nadal przychodzi mi to z trudem… ale przynajmniej mogę to wewnętrzne uczucie ukierunkować, zorientować… na coś, czego mi brakuje…Czasem mam wrażenie, że egzystuję w jakiejś schematycznej i nieprawdziwej przestrzeni, a rzeczywistość przepływa gdzieś tuż obok nietknięta i niezauważona… Zupełnie, jakby istniał tylko ten zamknięty system zachowań, procedur, ocen, miar, norm, relacji,
i diabli wiedzą czego jeszcze… System, który obowiązuje i tylko z tego tytułu należy go wypełniać. Tak wypełniać. Bo systemu nie można zrozumieć ani uzasadnić – jest tak, bo taki jest system i to on wszystko uzasadnia.
Nie chciałbym żeby ktoś pomyślał, że system mi nie odpowiada, ponieważ miłuję anarchię i chaos. Wydawało by się przecież, że system, z natury rzeczy reguluje i porządkuje – więc jest potrzebny! Ja jednak mówiąc „system” mam na myśli coś innego. Na pewno nie jest on tym samym, czym jest porządek i ład, gdyż formy te jednoczą i harmonizują, podczas gdy system, nawet najdoskonalszy, niestety nie. To raczej kiepski scenariusz, który każdego dnia odgrywamy – bo tak jest łatwiej, bo podpowiada nam gdzie postawić następny krok; bo wstając z łóżka rano nie musimy pytać o sens…; dzięki niemu jesteśmy w ciągłym ruchu, wirujemy, pędzimy; jego wątpliwą zasługą jest to, że nie trzeba budować prawdziwej wspólnoty, bo ta wzrasta długo i mozolnie, za cenę wielu wyrzeczeń… Zamiast niej mamy szybką, prostą, choć fasadową przynależność przynależność i zależność… Scenariusz jest komfortowy, gdyż oszczędza nam niewygodnych i czasem bolesnych pytań o tożsamość, uwalnia od przykrego obowiązku dźwigania prawdy o sobie, a ta zawsze spowalnia i wiąże – jak każda rzeczywistość – ale my przecież nie mamy czasu… musimy pedzić…
Czy nie tak jest? Każdego dnia załatwiam dziesiątki spraw – zawsze w określony sposób, w określonym miejscu, wedle procedury, na czas, na hasło, na PIN, bo trzeba, bo należy, bo tak być musi… a kiedy siadam wieczorem na łóżku mam poczucie, że tak naprawdę niczego nawet nie dotknąłem… jestem pusty…
Czy takie odczuwanie jest odosobnione i pozostaje w arsenale jedynie moich doświadczeń? Mam dziwne poczucie że nie…
System jest luksusem, który ma jednak swoją cenę. Pustoszy jednostkę, w zamian za iluzję przynależności; jak środek przeciwbólowy sprawia, że możemy przejść przez życie nie dotknąwszy niczego, a mimo to nie odczujemy braku, ani nawet wyrzutów sumienia, bo nie będzie na to czasu...
I tylko wtedy, gdy w trakcie niezbędnego, codziennego „odgrywania scenariusza systemu”, gdzieś, kiedyś, przypadkiem zahaczy nas „pazur rzeczywistości”, to jego ślad pozostanie z nami do końca… bez tego chyba nie można malować…
Wobec rzeczywistości za każdym razem jesteśmy „na początku” i sami; musimy zrezygnować z bycia „dalej i do przodu”, a to dziś nie modne i niepopularne. Myślę, że malowanie jest dzisiaj zajęciem passé, gdyż w swej istocie stanowi próbę pochylania się nad rzeczywistością, a dla tej postawy nie ma w systemie miejsca…
Gdy staję wobec płótna w pracowni, to zawsze jestem – jak „na początku” bezradny. Muszę się zatrzymać, a system tego nie dopuszcza. Dlatego codzienne szukam pustyni…, by móc spotkać się z rzeczywistością…

Kraków, luty 2007                                                                                                                       Piotr Korzeniowski